2009-11-25 16:47:32
Pięćdziesiąty Piąty, pt 1.
Mówiono, że była to dzielnica, na teren której nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w pełni dobrowolnie. Miejsce to charakteryzowało się przede wszystkim wszech obecnym grzechem. Parował on ze ścian, poszarzałych od smogu budynków, wypełzał z pomiędzy cegieł, spływał wraz z kwaśnym deszczem z zaśniedziałych rynien i spoglądał na wszystkich ślepiami przemykających między odpadkami szczurów, kotów i bezpańskich psów.
Jedno na temat tego miejsca można było powiedzieć na pewno - ktoś kto nigdy tu nie był, nie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że zasmakował życia.
Można było dostać tu wszystko to o czym pospolity zjadacz chleba nawet bałby się pomyśleć. Począwszy od wszelkich używek, poprzez nielegalnie sprowadzoną broń aż po rozkosz cielesną w czystej postaci. Uliczki były tak wąskie i ciemne, że zaczęto je nazywać kanałami. Nikt nie znał ich nazw, o ile takowe kiedykolwiek istniały, natomiast ci którzy mieli odwagę się tu pojawiać określali je między sobą nazwami następujących po sobie numerów. Tak więc stali bywalcy wiedzieli, że na Drugim można dostać dobrą broń, na Trzynastym dragi, na Dziesiątym wszelkiej maści lewe dokumenty a na Pięćdziesiątym Piątym... a na Pięćdziesiąty Piąty lepiej się nie zapuszczać.
Kanał numer pięćdziesiąt pięć, był najbardziej wysuniętym na północ rejonem dzielnicy. Stał przy nim tylko jeden budynek, do którego nawet szczury bały się wejść. Była to kamienica z cegły, która kiedyś prawdopodobnie była ozdobą okolicy. Teraz ściany zdobiły liczne wzory, których znaczenia nikt nie znał, ani nawet nie próbował poznać. Od frontonu wejścia strzegła wielka ołowiana brama, na której wrotach widniały płaskorzeźby przypominające powykrzywiane w agonii twarze.
Na temat historii tego budynku krążyło wiele legend. Pewne było to, że kiedyś odbywały się tu najlepsze pokazy Burleski w mieście.
Do czasu.

-Paniii baaaarmaaan! Jeszcze jedno duże piwo! - Mężczyzna w czerwonej, kraciastej koszuli z podłużną blizną na lewym policzku, zachwiał się niebezpiecznie na barowym stołku.
-Johny, ja wiem że to zwykły burdel... ale odrobina kultury nie zaszkodzi. - Młoda dziewczyna, nieprzeciętnej urody o przenikliwych oczach, swym wyglądem przypominających dwa księżyce, nachyliła się nad barem uwydatniając już i tak dość pokaźny biust. Mężczyzna mimowolnie opuścił wzrok i głośno przełknął ślinę. Podała mu kufel i uśmiechnęła się pod nosem. Wyjęła papierosa zza dekoltu i włożyła go do ust.
-Popoproszę szefowo... to.. to znaczy dzdziękuję szefowo... - Odruchowo przyciągnął naczynie do siebie, tak jak robił to co wieczór od kilku lat. Przysunęła się bliżej niego. teraz jedyną odległością, która ich dzieliła była szerokość kontuaru. Pijacki uśmiech zakwitł na ustach Jonego a jego źrenice rozszerzyły się do wielkości pięciozłotówek. Poczuł jak robi mu się ciasno w spodniach.
-Szefowo... ja... ja... ja nie wiedziałem, że szefowa mnie tak lubi... - Barmanka prychnęła przyjaźnie i pomachała mężczyźnie papierosem przed twarzą.
-Uwielbiam cię Johny, a teraz odpal mi w końcu tego papierosa bo mam jeszcze innych klientów.

Amelia miała niespełna dwadzieścia lat. Interes odziedziczyła po matce, która zapiła się na śmierć gdy dziewczyna była nastolatką. Była tu nie tylko barmanką, ale również szefową i opiekunką dziewczyn zatrudnionych do burleski.
Ojca nigdy nie poznała. Odszedł gdy tylko dowiedział się, że matka dziewczyny jest w ciąży. Nie pytała o jego imię. Nie chciała go znać.

Napełniła kolejne kufle i podała dwóm mężczyznom, którzy wyglądami na nieco starszych od niej. Siedzieli przy samej scenie i nieśmiało przyglądali się tańczącym dziewczynom.
Zwinnie zeskoczyła z podwyższenia za kontuarem i poprawiła colta, którego zawsze nosiła w kaburze mocowanej na udzie. Z niezwykłą gracją skierowała się na zaplecze. Gdy tylko zniknęła za kotarą oddzielającą główną salę od zaplecza usłyszała dwa niepokojące dźwięki, praktycznie identyczne dla nie wprawionego ucha. Pierwsze ciche kliknięcie brzmiało jak dźwięk odbezpieczanej broni drugie jak włącznik głównego zasilania. Nagle zrobiło się ciemno i rozległy się strzały. Huk strzelaniny zlał się w jedno z krzykiem dziewczyn, odgłosami tłuczonego szkła i wywracanych mebli.
-Niech to szlag. – zaklęła pod nosem i chwyciła za broń. Ostrożnie wyjrzała zza kotary, ale jedynym co zdołała zobaczyć w panującym mroku były dwa celowniki w kształcie pięcioramiennych gwiazd, tańczące na ścianach lokalu. Zdała sobie sprawę, że zapanowała głucha cisza. Przełknęła ślinę i mocniej zacisnęła dłoń na chwycie. Znała te celowniki i zrozumiała, że nie uratuje żadnej z dziewczyn. Teraz mogła już tylko decydować czy zależy jej na własnym życiu czy chce iść na dno razem ze swoim statkiem. Wróciła na zaplecze i osunęła się po ścianie na podłogę. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech. Dwukrotnie sprawdziła zawartość magazynka. Wstała. Bezszelestnie przemykała między regałami i beczkami piwa nie oglądając się za siebie. Przed oczami wciąż miała dwie czerwone gwiazdy, które zdawały się jej szukać. Wreszcie dotarła do tylnego wyjścia. Odłożyła colta na regał. Drżącymi rękami chwyciła klucze wiszące na haczyku tuż przy drzwiach, gdzie zawsze zostawiała je jej matka. Nie mogła trafić w zamek. Gdzieś po drugiej stronie pomieszczenia usłyszała kroki i śmiech.
-Nie uciekniesz nam maleńka... nikt nam nie ucieknie...
-Niech to szlag!!! – Zaklęła ponownie i chwyciła odłożoną wcześniej broń. Wycelowała w klamkę i nacisnęła spust. Nic się nie stało.
-Kurwaaa!!! Nie teraz... nie rób mi tego teraz!!! – Przeładowała i znów nacisnęła spust. Tym razem rozległ się huk a drzwi odskoczyły do tyłu. Miała mało czasu. Rzuciła się biegiem przed siebie. Szczury, nie wypłoszone do tej pory ze swych kryjówek, teraz uciekały w popłochu przed jej krokami.
Tempo przewijających się przez jej umysł myśli dorównywało biciu jej serca, które teraz kołatało jak u złapanego w pułapkę ptaka. -Czego ode mnie chcą? Dlaczego od razu mnie nie zabili, po co cała ta szopka? Kurwa, kurwa, kurwa!!! Dlaczego ja? Gonią mnie? A jeśli nie to jaki to ma sens?’
Nie zauważyła kiedy wybiegła poza teren Dzielnicy. Oślepiło ją światło ulicznej latarni. Przystanęła na chwile i nerwowo rozejrzała się dookoła. Jechał autobus. Podbiegła do przystanku i wsiadła do niego nie sprawdzając jaki ma numer. Wiedziała tylko, że musi uciekać z miasta.

Po tym wydarzeniu, okna kamienicy przy Pięćdziesiątym Piątym zabito deskami a bramę zaryglowano. Na murach zaczęły pojawiać się znaki nie stworzone ludzką ręką. Podobizny pięknych kobiet zdobiące wrota bramy przemieniły się w twarze powykrzywiane w agonii. Muzyka ucichła a alkohole wywietrzały. Nikt nie wiedział co stało się z ciałami pomordowanych dziewczyn, ani kto był mordercą. Nikt nie chciał też wiedzieć co stało się z Amelią. Jedni mówili, że podzieliła los swoich podopiecznych i klientów inni twierdzili, że udało jej się uciec.
Ktoś nakreślił krwią na frontonie kamienicy dwie wielkie piątki, które stały się na Dzielnicy symbolem przekleństwa.



*****55*****



Przystanęła na granicy światła rzucanego przez pobliską latarnię. Oparła się o brudną ścianę budynku i mocniej naciągnęła kaptur. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza paczkę papierosów, wyjęła ostatniego i odpaliła. Pustą paczkę ostentacyjnie rzuciła na ulicę.
-Hej ty! - Syknęła na postać, która właśnie przemykała pomiędzy Drugim a Pierwszym. -Jakieś wieści? - Obszarpany mężczyzna nerwowo podniósł głowę wyrwany ze swych przemyśleń. Ujrzał kobietę, która wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w chodnik i skrzywił pooraną zmarszczkami twarz.
-Jakie wieści? O co Ci chodzi dziecko? - Odpowiedział niechętnie, poprawiając zarzucony na ramię worek, pozszywany z kawałków różnych tkanin.
-Co się dzieje na Dzielnicy?
-Jak to co? To samo co zawsze... Bród, smród i ludzka niesprawiedliwość...
-A co z Nimi?
Na dźwięk tych słów mężczyzna zadrżał a zmarszczki na jego twarzy ułożyły się w wyraz przerażenia. -A idź do diabła dziewczyno! - Bez zastanowienie splunął jej pod nogi i odszedł.
-Właśnie wróciłam. - Szepnęła sama do siebie a na jej usta wypełzł jadowity uśmiech. Ruszyła za bezdomnym stanowczo i pewnie, jakby znała kanały nie od dziś. Echo jej kroków dudniło jak grzmoty zapowiadające nadciągającą burzę. Dogoniła go szybko. Jedynym ruchem wyciągnęła broń i przytknęła mężczyźnie do potylicy.
-Zapytam jeszcze raz. Co z Nimi? I nie radzę ci tym razem pluć mi na buty bo będziesz to zlizał wraz z resztkami swojego mózgu. - Bezdomny zadrżał, jakby miała zaraz dostać napadu padaczki.
-Ja... ja... ja... Ja nic nie wiem... ja nie wiem... na prawdę... Błagam cię, zabij mnie szybko... bo Oni mnie dopadną i zafundują mi najgorszą formę śmierci jaka istnieje, za to że śmiałem o Nich wspomnieć... - Wolna ręką chwyciła go za ramie i obróciła twarzą do siebie. Dopiero teraz spostrzegła, że zamiast prawego oka jaśniała na jego twarzy wypalona blizna w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Przez chwilę się w nią wpatrywała, po chwili jednak jej wzrok przykuł inny szczegół. Lewy policzek bezdomnego szpeciła podłużna blizna, teraz już praktycznie całkowicie ukryta pod zmarszczkami.
-Bogowie... - Szepnęła i opuściła broń. Staruszek na chwilę oniemiał, zdezorientowany rozwojem sytuacji. Po chwili jednak ocknął się lecz nie próbował ucieczki, bo dziewczyna nadal zaciskała mu rękę na ramieniu. Zsunęła kaptur. Bezdomny zaczął przyglądać się swojemu niedoszłemu katowi, przekonamy że kobieta musi mieć nie po kolei w głowie. Zatrzymał niespokojny wzrok na jej szarych oczach.
-To nie możliwe... - Szepnął bardziej do siebie. Z jego jedynego oka spłynęła łza. - Nie możliwe... Ona nie żyje stary głupcze... Znów dopadły cię pijackie omamy... - Powtarzał jak mantrę. Dziewczyna chwyciła jego twarz w dłonie i otarła kciukiem łzę. -Johny. Johny! To ja! - Zsunęła ręce z jego twarzy na ramiona i lekko nim potrząsnęła. -To na prawdę ja! Popatrz na mnie!
Staruszek zamrugał kilkakrotnie zdrowym okiem, jakby wybudzał się z hipnotycznego transu. -Pięć lat cie nie było... Pięć lat. Wszyscy byliśmy pewni, że nie żyjesz...



*****55*****



-Wróciła.
-Kto niby?
-Dziewczyna.
-Suka jest moja...

*****55*****



-Johny? - Zwinnie niczym kot, wskoczyła na kontener z odpadkami i odpaliła papierosa równocześnie podciągając kolana pod brodę. -Opowiedz mi, co tu się działo gdy mnie nie było. - Mężczyzna rzucił worek na wilgotny chodnik i rozsiadł się na nim wygodnie. Potarł dłonią bliznę, marszcząc brwi. Dłuższą chwilę zbierał myśli.
-Tamtej nocy gdy to wszystko się zdarzyło... Działo się tak szybko. Nie wiem nawet, w którym momencie znalazłem się pod barem... Tamci dwaj, co siedzieli przy scenie od samego początku mi się nie podobali. Jacyś tacy szemrani mi się wydawali. Siedzieli sami, do nikogo gęby nie otworzyli... i tak dziwnie wodzili za tobą wzrokiem. Gdy poszłaś na zaplecze, jeden z nich wstał i wyszedł. Piwa, które im podałaś nawet nie tknęli... No a potem zaczęło się piekło. Zgasło światło. Gdy tylko usłyszałem pierwsze strzały, wszedłem za kontuar i schowałem się pod blatem. Nie wiem co się działo, tak strasznie bałem się wyjrzeć... - Włożył głowę między kolana i złapał się za kark. -Powinienem był iść za tobą, sprawdzić czy wszystko w porządku, pomóc ci... Powinienem był zrobić cokolwiek... A ja stchórzyłem. - Kontynuował wpatrując się w czubki swoich butów. Dziewczyna milczała. -Potem gdzieś nade mną błysnęło czerwone światło. Ktoś szarpną mnie za koszulę i poczułem ból tak potworny, że samo jego wspomnienie przyprawia mnie o palpitacje. Musiałem stracić przytomność i chyba tylko dzięki temu nadal żyję. Musieli być przekonani, że mnie zabili. Gdy się ocknąłem był już ranek. Leżałem tam gdzie mnie zostawili, z potwornym bólem głowy i tym, zamiast oka. - Wskazał palcem na bliznę. -Uniosłem się do poziomu klęczek, bo zawroty głowy nie pozwoliły mi na nic więcej. W takiej pozycji wypełzłem zza baru. Wszystko było zniszczone. Wszędzie walały się kawałki potłuczonego szkła i skrawki połamanych mebli... Czołgałem się między plamami zaschłej krwi i dziurami po pociskach... Nie wiem co stało się z ciał...
-Sprzątają po sobie. - Przerwała mu.
-C.. CO?! Ciii! - Johny rozejrzał się dookoła niespokojnie. Amelia zeskoczyła z kontenera i zaczęła nerwowo chodzić w tę i z powrotem z rękoma splecionymi na plecach. Nagle wybuchła.
-Ile jeszcze to potrwa? Ile mamy się bać? Kim Oni niby są, do cholery, żeby nami niemo rządzić? - Kopnęła samotną puszkę, która wystrzeliła w górę, z grzechotem odbiła się od muru i potoczyła dalej przez kanał. Mężczyzna poderwał się z ziemi, zarzucił worek na plecy i przycisnął węzeł do piersi.
-Dziecko, błagam cię, nie tak głośno...
-Nie jestem już dzieckiem Johny! Przestałam nim być gdy odeszła moja matka. Nie wróciłam tu tylko po to, żeby wam się przypomnieć! Na Bogów!
-Ich w to nie mieszaj. Biada tym, którymi Bogowie interesują się aż nadto. Ale niechaj modlą się ci, którymi Bogowie nie interesują się wcale. A o nas już dawno zapomnieli.
-Przestań pieprzyć Johny! - Znalazła się przy nim tak niespodziewanie, że aż podskoczył. Równie szybko się odwróciła na pięcie i ruszyła przed siebie.
-Gdzie ty się wybierasz? - Zapytał.
-Tam gdzie moje miejsce. Idę po swoją własność. - Johny podążył za nią potykając się kilkakrotnie o własne nogi. -Nie! Nie możesz! Pięćdziesiąty Piąty jest przeklęty... zakazany! Nikt się tam nie pojawił od tamtej nocy!
Zatrzymała się. Mówiła przez zaciśnięte zęby. -Kamienica przy Pięćdziesiątym Piątym należała do mojej matki. Gdy odchodziła z tego świata w pijackiej agonii poprosiła mnie tylko o jedno, abym pilnowała naszego domu. A ja opuściłam mój posterunek na całe pięć lat... To o pięć lat za dużo, Johny. Kamienica jest moja i chrzanię to co Oni na ten temat myślą.
-Amelio...
Odwróciła się , a na jej ustach pojawił się tak dobrze mu znany jadowity uśmiech.
-Johny, czas rozgrzać mojego colta.




*****55*****




-Gdzie jest teraz? - Szedł naciągając na dłonie czarne skórzane rękawiczki z otworami na kostkach.
-Kieruje się w stronę kamienicy.
Postawił kołnierz, długiego do połowy łydek wełnianego płaszcza i poprawił krawat. Czerwone, podobne do dwóch rozżarzonych węgli, oczy rozbłysły w ciemności. -Zróbmy jej zatem małą niespodziankę. Moi bracia, czas na komitet powitalny.





skomentuj (2)

2009-09-06 16:57:44
właściwie...

"Właściwie, to dobre słowo. Taka przykrywka do wszystkiego, czego nie chcemy powiedzieć. Właściwie dobrze, to znaczy, nie, nie dobrze, ale prawie źle, ale po co ci o tym mówić. Właściwie zdrowa, to znaczy chora, może była chora, może jeszcze nie doszła do siebie, więc właściwie zdrowa, ale nie twoja sprawa. Właściwie myślałam, żeby do ciebie zadzwonić... to znaczy, nie, nie chciałam dzwonić, ale nie wiem, co powiedzieć, więc słowo właściwie i tak da ci do zrozumienia, że nie dzwoń ty również [...]
Właściwie - znaczy prawie kłamstwo.
Właściwie nic mi nie jest.
To znaczy jest mi wszystko..."




skomentuj (0)

2009-08-29 14:00:03
zmiany

Wiele się zmieniło, nadal zmienia. Jedno na dobre inne na nieco gorsze. Ale te zmiany na gorsze nie są takie znowu uciążliwe jak się człowiek do nich przyzwyczai, ja się przyzwyczaiłam bo swego czasu zmiany bywały tylko te złe...
To miła odmiana że teraz jest tak jakby... pół-na-pół.

Powietrze śmierdzi jesienią i nawet drzewa zaczynają już gubić liście choć nawet jeszcze wrzesień się dobrze nie zaczął. Niedługo przyjdzie październik i przekroczę dumnie bramę Uniwersytetu Warszawskiego. Może to głupie, ale nawet teraz, idąc Krakowskim Przedmieściem, mijając Uniwerek mówię mu "cześć"

Ja też się zmieniłam. Pewien incydent zburzył we mnie resztki opanowania. Skończyło się bycie "grzeczną dziewczynką" która zawsze na pierwszym miejscu stawiała dobro innych. Sądzę, że teraz już w ogóle nie będę miała oporów, żeby powiedzieć komuś prosto w twarz co o nim myślę. Tyczy się to wszystkich... Może i jestem "niepozorna" ale na prawdę nie warto mi podpadać.
Dla własnego dobra.

 

 



skomentuj (2)

2009-08-02 22:23:22
...

Nagle, tak strasznie zapragnęłam być sama... całkiem sama...




skomentuj (1)

2009-07-22 21:20:41
nic...

Nic nie jest takie jakie powinno być... Moja przyszłość maluję się w coraz ciemniejszych barwach. Ludzie dookoła mnie dostają się na wymarzone kierunki studiów albo już studiują, biorą śluby, wynajmują mieszkania i zaczynają wspólne samodzielne życie... Są szczęśliwi... A ja? Ja jestem w wielkiej czarnej dupie... Pod ciągłą presją, skazana na ciągłe docinki matki, która uważa, że jeśli coś nie jest takie jak ona chce to już jest złe, niedobre i nieodpowiednie. Czuję się jak w szpitalu psychiatrycznym gdzie wciąż piorą mi mózg i nie pozwalają samodzielnie myśleć, mieć własnego zdania... Nie wolno mi żyć po swojemu, bo postępuję według własnych przekonań a nie według przekonań mojej matki...
Jestem w związku, ale prawda jest taka, że jestem sama... zupełnie sama... A to chyba dlatego, że "w dzisiejszych czasach" ludzie którzy liczą się ze zdaniem innych i biorą pod uwagę ich uczucia są na straconej pozycji... Powinnam stać się zimną suką. Lać na to czy moje decyzje, decyzje które uważam za korzystne dla siebie, będą równie korzystne dla  ludzi z mojego otoczenia. Każdy patrzy na siebie... tylko ja nie umiem... Najgorsza jest świadomość, że jeśli sama czegoś nie zrobię to nikt mi nawet nie pomoże, nie mówiąc już o zrobieniu tego za mnie. A ja wciąż tak wiele rzeczy robię za innych...dla innych... Zawsze stawiałam innych na pierwszej pozycji, siebie na końcu... Nie potrafię inaczej...
Mam 20 lat, młodszego faceta, jestem na utrzymaniu rodziców bo nikt mi nie chce dać pracy, dostałam się na wieczorowe studia, na które mnie nie stać... które nawet mnie nie interesują... i czuje taką cholerną pustkę...





skomentuj (5)

2009-05-14 23:32:50
koniec.

No i po wszystkim, skończyło się. Mogę zapomnieć o tym o czym tak cholernie marzyłam przez ostatnie pół roku. Nie mam szans... trudno... Teraz zaczyna się jeszcze wiekszy koszmar... Ostatnio mam wrażenie, że całe to zasrane życie to jeden wielki koszmar.




skomentuj (1)

2009-05-08 23:31:18
Zmęczenie...

Mam dość... Dość... mam w tej chwili ochotę położyć się obok Niego, ukryć w Jego ramionach i przeczekać to wszystko... Ja wiem, że to wszystko "to bzdura", ale ta bzdura kosztuje mnie bardzo dużo nerw i zdrowia psychicznego... Oczywiście, że nie jestem jedyna! Wiem o tym doskonale... ale to nie zmienia faktu, że chyba nie każdy podchodzi do takich spraw tak emocjonalnie jak ja...
Strach pożera mnie żywcem... wręcz pochłania... Za każdym razem mam wrażenie, że nie dam sobie rady... Nawet teraz płaczę ze strachu, choć jutro przecież nie będzie tak okropne jak pojutrze... Po jutrze nie dotrę na miejsce, wpadnę pod tramwaj przez nieuwagę...
i skończy się rumakowanie...



skomentuj (0)

2009
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
2008
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
sierpień
maj
kwiecień
luty
styczeń
2006
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj


Layout by Zjfk for Layout4you