gandaharianka blog

Twój nowy blog

Mówiono, że była to dzielnica, na teren której nikt o zdrowych zmysłach
nie zapuszcza się w pełni dobrowolnie. Miejsce to charakteryzowało się
przede wszystkim wszech obecnym grzechem. Parował on ze ścian,
poszarzałych od smogu budynków, wypełzał z pomiędzy cegieł, spływał
wraz z kwaśnym deszczem z zaśniedziałych rynien i spoglądał na
wszystkich ślepiami przemykających między odpadkami szczurów, kotów i
bezpańskich psów.
Jedno na temat tego miejsca można było powiedzieć na pewno – ktoś kto
nigdy tu nie był, nie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że
zasmakował życia.
Można było dostać tu wszystko to o czym pospolity zjadacz chleba nawet
bałby się pomyśleć. Począwszy od wszelkich używek, poprzez nielegalnie
sprowadzoną broń aż po rozkosz cielesną w czystej postaci. Uliczki były
tak wąskie i ciemne, że zaczęto je nazywać kanałami. Nikt nie znał ich
nazw, o ile takowe kiedykolwiek istniały, natomiast ci którzy mieli
odwagę się tu pojawiać określali je między sobą nazwami następujących
po sobie numerów. Tak więc stali bywalcy wiedzieli, że na Drugim można
dostać dobrą broń, na Trzynastym dragi, na Dziesiątym wszelkiej maści
lewe dokumenty a na Pięćdziesiątym Piątym… a na Pięćdziesiąty Piąty
lepiej się nie zapuszczać.
Kanał numer pięćdziesiąt pięć, był najbardziej wysuniętym na północ
rejonem dzielnicy. Stał przy nim tylko jeden budynek, do którego nawet
szczury bały się wejść. Była to kamienica z cegły, która kiedyś
prawdopodobnie była ozdobą okolicy. Teraz ściany zdobiły liczne wzory,
których znaczenia nikt nie znał, ani nawet nie próbował poznać. Od
frontonu wejścia strzegła wielka ołowiana brama, na której wrotach
widniały płaskorzeźby przypominające powykrzywiane w agonii twarze.
Na temat historii tego budynku krążyło wiele legend. Pewne było to, że
kiedyś odbywały się tu najlepsze pokazy Burleski w mieście.
Do czasu.

-Paniii baaaarmaaan! Jeszcze jedno duże piwo! – Mężczyzna w czerwonej,
kraciastej koszuli z podłużną blizną na lewym policzku, zachwiał się
niebezpiecznie na barowym stołku.
-Johny, ja wiem że to zwykły burdel… ale odrobina kultury nie
zaszkodzi. – Młoda dziewczyna, nieprzeciętnej urody o przenikliwych
oczach, swym wyglądem przypominających dwa księżyce, nachyliła się nad
barem uwydatniając już i tak dość pokaźny biust. Mężczyzna mimowolnie
opuścił wzrok i głośno przełknął ślinę. Podała mu kufel i uśmiechnęła
się pod nosem. Wyjęła papierosa zza dekoltu i włożyła go do ust.
-Popoproszę szefowo… to.. to znaczy dzdziękuję szefowo… – Odruchowo
przyciągnął naczynie do siebie, tak jak robił to co wieczór od kilku
lat. Przysunęła się bliżej niego. teraz jedyną odległością, która ich
dzieliła była szerokość kontuaru. Pijacki uśmiech zakwitł na ustach
Jonego a jego źrenice rozszerzyły się do wielkości pięciozłotówek.
Poczuł jak robi mu się ciasno w spodniach.
-Szefowo… ja… ja… ja nie wiedziałem, że szefowa mnie tak lubi…
- Barmanka prychnęła przyjaźnie i pomachała mężczyźnie papierosem przed
twarzą.
-Uwielbiam cię Johny, a teraz odpal mi w końcu tego papierosa bo mam jeszcze innych klientów.

Amelia miała niespełna dwadzieścia lat. Interes odziedziczyła po matce,
która zapiła się na śmierć gdy dziewczyna była nastolatką. Była tu nie
tylko barmanką, ale również szefową i opiekunką dziewczyn zatrudnionych
do burleski.
Ojca nigdy nie poznała. Odszedł gdy tylko dowiedział się, że matka
dziewczyny jest w ciąży. Nie pytała o jego imię. Nie chciała go znać.

Napełniła kolejne kufle i podała dwóm mężczyznom, którzy wyglądami na
nieco starszych od niej. Siedzieli przy samej scenie i nieśmiało
przyglądali się tańczącym dziewczynom.
Zwinnie zeskoczyła z podwyższenia za kontuarem i poprawiła colta,
którego zawsze nosiła w kaburze mocowanej na udzie. Z niezwykłą gracją
skierowała się na zaplecze. Gdy tylko zniknęła za kotarą oddzielającą
główną salę od zaplecza usłyszała dwa niepokojące dźwięki, praktycznie
identyczne dla nie wprawionego ucha. Pierwsze ciche kliknięcie brzmiało
jak dźwięk odbezpieczanej broni drugie jak włącznik głównego zasilania.
Nagle zrobiło się ciemno i rozległy się strzały. Huk strzelaniny zlał
się w jedno z krzykiem dziewczyn, odgłosami tłuczonego szkła i
wywracanych mebli.
-Niech to szlag. – zaklęła pod nosem i chwyciła za broń. Ostrożnie
wyjrzała zza kotary, ale jedynym co zdołała zobaczyć w panującym mroku
były dwa celowniki w kształcie pięcioramiennych gwiazd, tańczące na
ścianach lokalu. Zdała sobie sprawę, że zapanowała głucha cisza.
Przełknęła ślinę i mocniej zacisnęła dłoń na chwycie. Znała te
celowniki i zrozumiała, że nie uratuje żadnej z dziewczyn. Teraz mogła
już tylko decydować czy zależy jej na własnym życiu czy chce iść na dno
razem ze swoim statkiem. Wróciła na zaplecze i osunęła się po ścianie
na podłogę. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech. Dwukrotnie sprawdziła
zawartość magazynka. Wstała. Bezszelestnie przemykała między regałami i
beczkami piwa nie oglądając się za siebie. Przed oczami wciąż miała
dwie czerwone gwiazdy, które zdawały się jej szukać. Wreszcie dotarła
do tylnego wyjścia. Odłożyła colta na regał. Drżącymi rękami chwyciła
klucze wiszące na haczyku tuż przy drzwiach, gdzie zawsze zostawiała je
jej matka. Nie mogła trafić w zamek. Gdzieś po drugiej stronie
pomieszczenia usłyszała kroki i śmiech.
-Nie uciekniesz nam maleńka… nikt nam nie ucieknie…
-Niech to szlag!!! – Zaklęła ponownie i chwyciła odłożoną wcześniej
broń. Wycelowała w klamkę i nacisnęła spust. Nic się nie stało.
-Kurwaaa!!! Nie teraz… nie rób mi tego teraz!!! – Przeładowała i znów
nacisnęła spust. Tym razem rozległ się huk a drzwi odskoczyły do tyłu.
Miała mało czasu. Rzuciła się biegiem przed siebie. Szczury, nie
wypłoszone do tej pory ze swych kryjówek, teraz uciekały w popłochu
przed jej krokami.
Tempo przewijających się przez jej umysł myśli dorównywało biciu jej
serca, które teraz kołatało jak u złapanego w pułapkę ptaka. -Czego ode
mnie chcą? Dlaczego od razu mnie nie zabili, po co cała ta szopka?
Kurwa, kurwa, kurwa!!! Dlaczego ja? Gonią mnie? A jeśli nie to jaki to
ma sens?’
Nie zauważyła kiedy wybiegła poza teren Dzielnicy. Oślepiło ją światło
ulicznej latarni. Przystanęła na chwile i nerwowo rozejrzała się
dookoła. Jechał autobus. Podbiegła do przystanku i wsiadła do niego nie
sprawdzając jaki ma numer. Wiedziała tylko, że musi uciekać z miasta.

Po tym wydarzeniu, okna kamienicy przy Pięćdziesiątym Piątym zabito
deskami a bramę zaryglowano. Na murach zaczęły pojawiać się znaki nie
stworzone ludzką ręką. Podobizny pięknych kobiet zdobiące wrota bramy
przemieniły się w twarze powykrzywiane w agonii. Muzyka ucichła a
alkohole wywietrzały. Nikt nie wiedział co stało się z ciałami
pomordowanych dziewczyn, ani kto był mordercą. Nikt nie chciał też
wiedzieć co stało się z Amelią. Jedni mówili, że podzieliła los swoich
podopiecznych i klientów inni twierdzili, że udało jej się uciec.
Ktoś nakreślił krwią na frontonie kamienicy dwie wielkie piątki, które stały się na Dzielnicy symbolem przekleństwa.

*****55*****

Przystanęła na granicy światła rzucanego przez pobliską latarnię.
Oparła się o brudną ścianę budynku i mocniej naciągnęła kaptur.
Wyciągnęła z kieszeni płaszcza paczkę papierosów, wyjęła ostatniego i
odpaliła. Pustą paczkę ostentacyjnie rzuciła na ulicę.
-Hej ty! – Syknęła na postać, która właśnie przemykała pomiędzy Drugim
a Pierwszym. -Jakieś wieści? – Obszarpany mężczyzna nerwowo podniósł
głowę wyrwany ze swych przemyśleń. Ujrzał kobietę, która wpatrywała się
niewidzącym wzrokiem w chodnik i skrzywił pooraną zmarszczkami twarz.
-Jakie wieści? O co Ci chodzi dziecko? – Odpowiedział niechętnie,
poprawiając zarzucony na ramię worek, pozszywany z kawałków różnych
tkanin.
-Co się dzieje na Dzielnicy?
-Jak to co? To samo co zawsze… Bród, smród i ludzka niesprawiedliwość…
-A co z Nimi?
Na dźwięk tych słów mężczyzna zadrżał a zmarszczki na jego twarzy
ułożyły się w wyraz przerażenia. -A idź do diabła dziewczyno! – Bez
zastanowienie splunął jej pod nogi i odszedł.
-Właśnie wróciłam. – Szepnęła sama do siebie a na jej usta wypełzł
jadowity uśmiech. Ruszyła za bezdomnym stanowczo i pewnie, jakby znała
kanały nie od dziś. Echo jej kroków dudniło jak grzmoty zapowiadające
nadciągającą burzę. Dogoniła go szybko. Jedynym ruchem wyciągnęła broń
i przytknęła mężczyźnie do potylicy.
-Zapytam jeszcze raz. Co z Nimi? I nie radzę ci tym razem pluć mi na
buty bo będziesz to zlizał wraz z resztkami swojego mózgu. – Bezdomny
zadrżał, jakby miała zaraz dostać napadu padaczki.
-Ja… ja… ja… Ja nic nie wiem… ja nie wiem… na prawdę…
Błagam cię, zabij mnie szybko… bo Oni mnie dopadną i zafundują mi
najgorszą formę śmierci jaka istnieje, za to że śmiałem o Nich
wspomnieć… – Wolna ręką chwyciła go za ramie i obróciła twarzą do
siebie. Dopiero teraz spostrzegła, że zamiast prawego oka jaśniała na
jego twarzy wypalona blizna w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Przez
chwilę się w nią wpatrywała, po chwili jednak jej wzrok przykuł inny
szczegół. Lewy policzek bezdomnego szpeciła podłużna blizna, teraz już
praktycznie całkowicie ukryta pod zmarszczkami.
-Bogowie… – Szepnęła i opuściła broń. Staruszek na chwilę oniemiał,
zdezorientowany rozwojem sytuacji. Po chwili jednak ocknął się lecz nie
próbował ucieczki, bo dziewczyna nadal zaciskała mu rękę na ramieniu.
Zsunęła kaptur. Bezdomny zaczął przyglądać się swojemu niedoszłemu
katowi, przekonamy że kobieta musi mieć nie po kolei w głowie.
Zatrzymał niespokojny wzrok na jej szarych oczach.
-To nie możliwe… – Szepnął bardziej do siebie. Z jego jedynego oka
spłynęła łza. – Nie możliwe… Ona nie żyje stary głupcze… Znów
dopadły cię pijackie omamy… – Powtarzał jak mantrę. Dziewczyna
chwyciła jego twarz w dłonie i otarła kciukiem łzę. -Johny. Johny! To
ja! – Zsunęła ręce z jego twarzy na ramiona i lekko nim potrząsnęła.
-To na prawdę ja! Popatrz na mnie!
Staruszek zamrugał kilkakrotnie zdrowym okiem, jakby wybudzał się z
hipnotycznego transu. -Pięć lat cie nie było… Pięć lat. Wszyscy
byliśmy pewni, że nie żyjesz…

*****55*****

-Wróciła.
-Kto niby?
-Dziewczyna.
-Suka jest moja…

*****55*****

-Johny? – Zwinnie niczym kot, wskoczyła na kontener z odpadkami i
odpaliła papierosa równocześnie podciągając kolana pod brodę. -Opowiedz
mi, co tu się działo gdy mnie nie było. – Mężczyzna rzucił worek na
wilgotny chodnik i rozsiadł się na nim wygodnie. Potarł dłonią bliznę,
marszcząc brwi. Dłuższą chwilę zbierał myśli.
-Tamtej nocy gdy to wszystko się zdarzyło… Działo się tak szybko. Nie
wiem nawet, w którym momencie znalazłem się pod barem… Tamci dwaj, co
siedzieli przy scenie od samego początku mi się nie podobali. Jacyś
tacy szemrani mi się wydawali. Siedzieli sami, do nikogo gęby nie
otworzyli… i tak dziwnie wodzili za tobą wzrokiem. Gdy poszłaś na
zaplecze, jeden z nich wstał i wyszedł. Piwa, które im podałaś nawet
nie tknęli… No a potem zaczęło się piekło. Zgasło światło. Gdy tylko
usłyszałem pierwsze strzały, wszedłem za kontuar i schowałem się pod
blatem. Nie wiem co się działo, tak strasznie bałem się wyjrzeć… -
Włożył głowę między kolana i złapał się za kark. -Powinienem był iść za
tobą, sprawdzić czy wszystko w porządku, pomóc ci… Powinienem był
zrobić cokolwiek… A ja stchórzyłem. – Kontynuował wpatrując się w
czubki swoich butów. Dziewczyna milczała. -Potem gdzieś nade mną
błysnęło czerwone światło. Ktoś szarpną mnie za koszulę i poczułem ból
tak potworny, że samo jego wspomnienie przyprawia mnie o palpitacje.
Musiałem stracić przytomność i chyba tylko dzięki temu nadal żyję.
Musieli być przekonani, że mnie zabili. Gdy się ocknąłem był już ranek.
Leżałem tam gdzie mnie zostawili, z potwornym bólem głowy i tym,
zamiast oka. – Wskazał palcem na bliznę. -Uniosłem się do poziomu
klęczek, bo zawroty głowy nie pozwoliły mi na nic więcej. W takiej
pozycji wypełzłem zza baru. Wszystko było zniszczone. Wszędzie walały
się kawałki potłuczonego szkła i skrawki połamanych mebli… Czołgałem
się między plamami zaschłej krwi i dziurami po pociskach… Nie wiem co
stało się z ciał…
-Sprzątają po sobie. – Przerwała mu.
-C.. CO?! Ciii! – Johny rozejrzał się dookoła niespokojnie. Amelia
zeskoczyła z kontenera i zaczęła nerwowo chodzić w tę i z powrotem z
rękoma splecionymi na plecach. Nagle wybuchła.
-Ile jeszcze to potrwa? Ile mamy się bać? Kim Oni niby są, do cholery,
żeby nami niemo rządzić? – Kopnęła samotną puszkę, która wystrzeliła w
górę, z grzechotem odbiła się od muru i potoczyła dalej przez kanał.
Mężczyzna poderwał się z ziemi, zarzucił worek na plecy i przycisnął
węzeł do piersi.
-Dziecko, błagam cię, nie tak głośno…
-Nie jestem już dzieckiem Johny! Przestałam nim być gdy odeszła moja
matka. Nie wróciłam tu tylko po to, żeby wam się przypomnieć! Na Bogów!
-Ich w to nie mieszaj. Biada tym, którymi Bogowie interesują się aż
nadto. Ale niechaj modlą się ci, którymi Bogowie nie interesują się
wcale. A o nas już dawno zapomnieli.
-Przestań pieprzyć Johny! – Znalazła się przy nim tak niespodziewanie,
że aż podskoczył. Równie szybko się odwróciła na pięcie i ruszyła przed
siebie.
-Gdzie ty się wybierasz? – Zapytał.
-Tam gdzie moje miejsce. Idę po swoją własność. – Johny podążył za nią
potykając się kilkakrotnie o własne nogi. -Nie! Nie możesz!
Pięćdziesiąty Piąty jest przeklęty… zakazany! Nikt się tam nie
pojawił od tamtej nocy!
Zatrzymała się. Mówiła przez zaciśnięte zęby. -Kamienica przy
Pięćdziesiątym Piątym należała do mojej matki. Gdy odchodziła z tego
świata w pijackiej agonii poprosiła mnie tylko o jedno, abym pilnowała
naszego domu. A ja opuściłam mój posterunek na całe pięć lat… To o
pięć lat za dużo, Johny. Kamienica jest moja i chrzanię to co Oni na
ten temat myślą.
-Amelio…
Odwróciła się , a na jej ustach pojawił się tak dobrze mu znany jadowity uśmiech.
-Johny, czas rozgrzać mojego colta.

*****55*****

-Gdzie jest teraz? – Szedł naciągając na dłonie czarne skórzane rękawiczki z otworami na kostkach.
-Kieruje się w stronę kamienicy.
Postawił kołnierz, długiego do połowy łydek wełnianego płaszcza i
poprawił krawat. Czerwone, podobne do dwóch rozżarzonych węgli, oczy
rozbłysły w ciemności. -Zróbmy jej zatem małą niespodziankę. Moi
bracia, czas na komitet powitalny.

„Właściwie, to dobre słowo. Taka przykrywka do wszystkiego, czego nie
chcemy powiedzieć. Właściwie dobrze, to znaczy, nie, nie dobrze, ale
prawie źle, ale po co ci o tym mówić. Właściwie zdrowa, to znaczy
chora, może była chora, może jeszcze nie doszła do siebie, więc
właściwie zdrowa, ale nie twoja sprawa. Właściwie myślałam, żeby do
ciebie zadzwonić… to znaczy, nie, nie chciałam dzwonić, ale nie wiem,
co powiedzieć, więc słowo właściwie i tak da ci do zrozumienia, że nie
dzwoń ty również [...]
Właściwie – znaczy prawie kłamstwo.
Właściwie nic mi nie jest.
To znaczy jest mi wszystko…”

zmiany

2 komentarzy

Wiele się zmieniło, nadal zmienia. Jedno na dobre inne na
nieco gorsze. Ale te zmiany na gorsze nie są takie znowu uciążliwe jak się
człowiek do nich przyzwyczai, ja się przyzwyczaiłam bo swego czasu zmiany
bywały tylko te złe…
To miła odmiana że teraz jest tak jakby… pół-na-pół.

Powietrze śmierdzi jesienią i nawet drzewa zaczynają już gubić liście choć
nawet jeszcze wrzesień się dobrze nie zaczął. Niedługo przyjdzie październik i
przekroczę dumnie bramę Uniwersytetu Warszawskiego. Może to głupie, ale nawet
teraz, idąc Krakowskim Przedmieściem, mijając Uniwerek mówię mu
„cześć”

Ja też się zmieniłam. Pewien incydent zburzył we mnie resztki opanowania.
Skończyło się bycie „grzeczną dziewczynką” która zawsze na pierwszym
miejscu stawiała dobro innych. Sądzę, że teraz już w ogóle nie będę miała
oporów, żeby powiedzieć komuś prosto w twarz co o nim myślę. Tyczy się to
wszystkich… Może i jestem „niepozorna” ale na prawdę nie warto mi
podpadać.
Dla własnego dobra.

 

 

1 komentarz

Nagle, tak strasznie zapragnęłam być sama… całkiem sama…

nic…

5 komentarzy

Nic nie jest takie jakie powinno być… Moja przyszłość
maluję się w coraz ciemniejszych barwach. Ludzie dookoła mnie dostają się na
wymarzone kierunki studiów albo już studiują, biorą śluby, wynajmują mieszkania
i zaczynają wspólne samodzielne życie… Są szczęśliwi… A ja? Ja jestem w
wielkiej czarnej dupie… Pod ciągłą presją, skazana na ciągłe docinki matki,
która uważa, że jeśli coś nie jest takie jak ona chce to już jest złe, niedobre
i nieodpowiednie. Czuję się jak w szpitalu psychiatrycznym gdzie wciąż piorą mi
mózg i nie pozwalają samodzielnie myśleć, mieć własnego zdania… Nie wolno mi
żyć po swojemu, bo postępuję według własnych przekonań a nie według przekonań
mojej matki…
Jestem w związku, ale prawda jest taka, że jestem sama… zupełnie sama… A to
chyba dlatego, że „w dzisiejszych czasach” ludzie którzy liczą się ze
zdaniem innych i biorą pod uwagę ich uczucia są na straconej pozycji…
Powinnam stać się zimną suką. Lać na to czy moje decyzje, decyzje które uważam
za korzystne dla siebie, będą równie korzystne dla  ludzi z mojego
otoczenia. Każdy patrzy na siebie… tylko ja nie umiem… Najgorsza jest
świadomość, że jeśli sama czegoś nie zrobię to nikt mi nawet nie pomoże, nie
mówiąc już o zrobieniu tego za mnie. A ja wciąż tak wiele rzeczy robię za
innych…dla innych… Zawsze stawiałam innych na pierwszej pozycji, siebie na
końcu… Nie potrafię inaczej…
Mam 20 lat, młodszego faceta, jestem na utrzymaniu rodziców bo nikt mi nie chce
dać pracy, dostałam się na wieczorowe studia, na które mnie nie stać… które
nawet mnie nie interesują… i czuje taką cholerną pustkę…

koniec.

1 komentarz

No i po wszystkim, skończyło się. Mogę zapomnieć o tym o czym tak cholernie marzyłam przez ostatnie pół roku. Nie mam szans… trudno… Teraz zaczyna się jeszcze wiekszy koszmar… Ostatnio mam wrażenie, że całe to zasrane życie to jeden wielki koszmar.

Mam dość… Dość… mam w tej chwili ochotę położyć się obok Niego, ukryć w Jego ramionach i przeczekać to wszystko… Ja wiem, że to wszystko „to bzdura”, ale ta bzdura kosztuje mnie bardzo dużo nerw i zdrowia psychicznego… Oczywiście, że nie jestem jedyna! Wiem o tym doskonale… ale to nie zmienia faktu, że chyba nie każdy podchodzi do takich spraw tak emocjonalnie jak ja…
Strach pożera mnie żywcem… wręcz pochłania… Za każdym razem mam wrażenie, że nie dam sobie rady… Nawet teraz płaczę ze strachu, choć jutro przecież nie będzie tak okropne jak pojutrze… Po jutrze nie dotrę na miejsce, wpadnę pod tramwaj przez nieuwagę…
i skończy się rumakowanie…

Może kiedyś po latach

Jednak szepnę nieśmiało

„Kiedyś, tamtego lata

Strasznie panią kochałem”

A ty przerwiesz w pół słowa

Me wyznania zabawne

„I ja pana kochałam

Wtedy latem i dawniej”

I nic prócz małej chwilki żalu

Nie złączy nas, kochana

W tym dziwnym życiu, śmiesznym balu

Miłości niewyznanych…

Spojrzałam w lustro… zdjęłam klapki z oczu…
Już wiem dlaczego ludzie ode mnie odchodzą… Sama ich od siebie odpycham swoją
głupotą i bezmyślnością…

Znów popełniam ten sam błąd…
I nie potrafię już spojrzeć w lustro…

Chcąc oszczędzić cierpienia jednej osobie ranie dwie inne, między innymi samą siebie…
Rozwiązanie tego problemu jest tak proste a zarazem tak trudne…
Maska na twarzy ciąży tak bardzo, że ciągnie na dno… a ja nie mam siły jej zdjąć…
Nigdy nie miałam problemów z załatwianiem takich spraw. Czemu teraz mam?
Nigdy świadomie nie wykorzystałam nikogo do poprawienia własnego samopoczucia
czy podniesienia ego… nigdy tego nie chciałam…

„nie potrafisz wybrać”
nie… nie potrafię… i nie mam do tego prawa… Nigdy nie miałam…
Nigdy nie chciałam mieć…

Epikur i Horacy nie mieli racji…

1 komentarz

Zeszło to ze mnie… już zeszło… Gniew. Ale co z tego…
Gniew jest tylko jedną n-tą całego tego świństwa we mnie…
Niewiele jest osób które się ode mnie nie odwróciły, które są wobec mnie w
porządku… Przynajmniej taką mam nadzieję, bo pewności nigdy mieć nie mogę.
Już się tego nauczyłam…
Wczoraj mnie poniosło, przyznaję. Ale i tak się usprawiedliwię – byłam wściekła
na ludzi a dokładnie na ich wścibstwo i zawiść. Nie zależy mi na tym tak naprawdę…
nie chodzi o to, że dotyka to mnie… chodzi o sam fakt tego jak beznadziejni
teraz są ludzie… Pewnie jestem taka sama… ale to już nie mnie oceniać.
Każdy przecież uważa się za lepszego od „przeciętnego człowieka”

Chciałabym móc znów komuś zaufać w 100% i mieć pewność, że nie odejdzie…
Bardzo bym chciała… ale jest mi cholernie ciężko…

Nie rozumiem tego świata i nie rozumiem samej siebie… Mam dość moich snów bo
są niemoralne… Śni mi się nie to co powinno… a mimo to budzę się
szczęśliwa… choć z wyrzutami sumienia…
Chciałabym, żeby dało się tak dwa na raz… ale się nie da… to znaczy… w
sumie się da, ale nikt poza mną tego by nie chciał… i byłoby to nie w
porządku…

Czuję się związana…
Tak…


  • RSS